Oto historia pewnego projektu, która mogłaby potwierdzić starą prawdę, że wszystko co dobre zostało już kiedyś wymyślone. To także opowieść o tym, że dobra jakość nie obroni się sama, bo najlepszy projekt zawsze potrzebuje dobrego pijaru.

W grudniu 2014 poznańska Fundacja nowymodel.org wprowadza do produkcji krzesło projektu znanej pary projektantów – Bogusławy i Czesława Kowalskich, twórców znanej w całej Polsce meblościanki. Wcześniej, w maju, w ramach Poznań Design Days zostaje otwarta wystawa w galerii ForForm poświęcona ich twórczości. Równolegle powstaje profil „Meble Kowalskich” na facebooku, gdzie regularnie pojawiają się informacje o kolejnych wydarzeniach związanych z dalszą promocją wspomnianego krzesła oraz wydanej właśnie książki Jacka Kowalskiego – syna projektantów.

Wiosną 2015 przeprowadziłam z nim rozmowę via e-mail. Mówiliśmy o drugim życiu projektu oraz o dorastaniu w cieniu meblościanki.

 

źródło: nowymodel.org

Pana rodzice zajmowali się projektowaniem całe życie. Czy ze słynnym krzesłem ma Pan jakieś szczególne wspomnienia czy wręcz przeciwnie z prywatnej perspektywy ten model był po prostu jednym z wielu?

Jacek Kowalski: Oczywiście, że był to dla mnie projekt „jeden z wielu” i do niedawna nawet o nim nie wiedziałem. Po prostu patrzyłem nań bezrefleksyjnie i nie zdawałem sobie sprawy, że to jest „to” – oglądając fotografie z 1961 i 1962 roku, z tego sławnego konkursu (mowa o ogólnopolskim konkursie na meble do małych mieszkań łódzkich tkaczy – przyp. red.). Dopiero po dłuższej chwili przyszła refleksja – że to model nieznany i za PRLu nieprodukowany. To spostrzeżenie nie należy do mnie zresztą, lecz do młodego historyka sztuki, Filipa Speka. Zaraz potem znalazłem w rodzinnym archiwum projekt tego mebla – skądinąd jedyny zachowany, historyczny projekt konkursowy z 1961 roku. Bo pierwotne projekty zwycięskiej meblościanki przepadły, zapewne w fabrykach, odkąd „połknęła je” linia produkcyjna. Natomiast krzesło, chociaż znalazło się w nagrodzonym zestawie meblościanki, nie weszło do produkcji. Bo meblościanka była na rynku absolutną nowością pod każdym względem, natomiast krzeseł ci było u nas dostatek. W dodatku ten projekt jest naprawdę świetny, nowoczesny, ale w produkcji – wymagający. Tak więc Krzesło Kowalskiego – jak Pani mówi, „słynne” – stało się „słynnym” dopiero teraz.

A jeszcze co do wspomnień. O tym, że to moi rodzice zaprojektowali „Meble Kowalskich” wiedziałem „od zawsze”. Ale aż do niedawna wcale nie zgłębiałem  historii tego epokowego projektu. W latach 60. I 70. chłonąłem atmosferę „plastycznego” środowiska , przysłuchiwałem się dyskusjom – ale moje prawdziwe zainteresowania biegły w inna stronę. Zatem dopiero gdy w latach 90. „Meble Kowalskich” zaczęły pojawiać się na wystawach i powstało kilka (niepublikowanych) prac magisterskich na ich temat, pomyślałem, że temat dojrzał do monografii i że koniecznie trzeba się tym zająć.  Nie od razu też zrozumiałem, że jedynie ja – średniowiecznik i Sarmata – potrafię skutecznie zgłębić rodzinne archiwum Ojca i Mamy. I że nikt tego za mnie nie zrobi… i wziąłem się do roboty .

Jak zaczęła się współpraca z nowymodel.org? Fundacja sama się zgłosiła czy to była Pana własna inicjatywa? Jak zbiegło się to z pracą nad książką o Pana rodzicach?

Absolutnie nieprzypadkowy zbieg okoliczności… Najpierw, pisząc książkę, pomyślałem o opatentowaniu wzoru i nazwy Mebli Kowalskich i o tym,  że może ktoś mógłby zająć się ich „rimejkiem”. Dowiedziałem się wtedy od znajomych, jest taka firma nowymodel.org, która „reaktywuje” meble projektu Rajmunda Hałasa, czyli bliskiego kolegi mego Ojca. Jednocześnie dotarło do mnie, że ja tych ludzi od nowegomodelu po prostu dobrze znam, bo współwłaścicielką firmy okazała się moja koleżanka z roku, a szefem promocji – dziennikarka, z którą kontakt mam od zawsze. Tyle, że nigdy dotąd nie rozmawialiśmy o dizajnie… bo byłem dla nich średniowiecznikiem i Sarmatą, który siedzi głównie w gotyku i baroku.

Ciekawi mnie zaplecze prawne odtwarzania krzesła. Jakie czynności poprzedziły reaktywację krzesła? Czy jego produkcja odbywa się na licencji czy to jakaś inna forma użyczenia nazwy i projektu?

Po prostu, opatentowałem ten wzór i jego nazwę. To było konieczne. I świadome. A produkcja na licencji udzielonej przeze mnie i przez moją mamę nowemumodelowi.org nastąpiła zaraz potem. Zresztą jest to produkcja kolekcjonerska; krzesła są dość drogie, ich wykonanie wymagało sporego konstrukcyjnego namysłu.

Do kogo jest adresowana Pana książka o meblach Kowalskich? Jest dość obszerna i bogato ilustrowana, więc zakładam, że to bardziej album niż publikacja naukowa, mimo iż jest Pan historykiem sztuki. A może ta książka to Pana osobista sentymentalna podróż?  

Jedno i drugie. Postanowiłem dać publikację co się zowie źródłową, z której będą mogli (i musieli) korzystać historycy sztuki zajmujący się dizajnem lat PRLu. Ale też chciałem, żeby to była książka „do czytania”, po części plotkarska, która pokaże świat tamtej epoki i dzieje rodzinne, cały splot okoliczności, które doprowadziły do powstania „Mebli Kowalskich” i krąg ludzi, którzy ich narodzinom towarzyszyli. Jeśli więc policzy Pani ilustracje, okaże się, że znakomita większość (z ponad pół tysiąca) to fotografie mebli, projektów i wycinki prasowe. Czyli właśnie tak zwane przez historyków „źródła”, ale źródła – mym skromnym zdaniem – barwne i zabawne, a podane rzeczywiście w sposób „albumowy”. No i owszem, one składają się na „podróż sentymentalną”. W mieszkaniach urządzonych „Meblami Kowalskich” żyło przecież jakieś kilkanaście milionów Polaków, o ile nie więcej. Te meble to nie tylko ciekawy i wybitny projekt – ale również część życia i sentymenty. Ale dla tych, którzy wychowali się w „Meblach Kowalskich”, książka ta może być jeszcze odkryciem – poznaniem zupełnie nieznanych kulis ich własnej przeszłości. Uczłowieczenie anonimowych ścian ich osobistych mieszkań.

Chciałam nawiązać do okładki oraz druków promujących książkę. Powtarza się tam motyw prostokątnych, kolorowych płaszczyzn. Operowanie tym kształtem było podstawowym motywem wizualnym słynnej meblościanki. Domyślam się, że to zamierzony zabieg estetyczny w publikacji. Czy powtarza się on również we wnętrzu książki a jeśli tak to jaką pełni tam funkcję?

Oczywiście, to świadomy zamysł autora tak zwanego lejałtu, Piotra Łysakowskiego, który nawiązał do wzornictwa lat sześćdziesiątych, wprowadzając prosty motyw, który kojarzy się z meblościanką. Tak miało być i cieszę się, że tak to Pani (i nie tylko Pani) odbiera. Niemal całe wnętrze książki zostało w ten właśnie „segmentowy” sposób zakomponowane.

image_func

Okładka książki Jacka Kowalskiego, wydawnictwo Dębogóra; źródło: wydawnictwo Dębogóra

Pańskie rodzinne archiwum na pewno kryje jeszcze wiele czekających na opracowanie tematów. Jakie to tematy oraz czy można się spodziewać kolejnych publikacji? 

O, tak. Dużo ciekawych tematów pozostawiłem na boku – muskając je tylko sygnalnie. Teraz czekają na chętnych dalszego zgłębiania, do badań, do gawęd także. Być może, że ja sam też coś jeszcze skrobnę. Lata sześćdziesiąte i konkursy meblarskie to jedno. Druga sprawa – to środowisko artystów plastyków, życie towarzyskie i by tak rzec „korporacyjne” tamtych lat. Zdaje się, że barwne wspomnienia snute przez moja mamę są już unikatem. Dotąd brzmią mi w głowie, pamiętam je – ale przez mgłę. Ludzie, o których mowa, odeszli. A to niesłychanie ciekawa materia. Trzecia rzecz – tak zwana Cepelia, znowu cały wielki świat rzeczy i banalnych, i ciekawych. Dzieje poznańskiej spółdzielni cepeliowskiej produkującej antyki i nie tylko – przynajmniej pół archiwum tej spółdzielni znajduje się u nas. Arcyciekawa historia. Wreszcie różne ludowe stylizacje lat 70. Wielka impreza na Ostrowie Lednickim, a wcześniej seria tzw. „gościńców wielkopolskich”. Wielkopolanie wiedzą, o co chodzi – o naprawdę piękne budynki, jakby wyjęte żywcem z komiksu „Kajko i Kokosz”. Po części urządzane przez moich rodziców – ale tylko po części, więc nie jest to ich twór autorski w ogóle – a tu okazało się, że nikt przede mną nie musnął bliżej tego arcyciekawego dizajnerskiego tematu. Frapującego także od strony socjologicznej. Poza tym to ważna część dziejów architektury polskiej (wzmianki o tych gościńcach znajdzie Pani wszędzie, w każdej monografii – także zdjęcia – ale opracowania, szerszego omówienia  – żadnego). A wreszcie pro domo mea: pozostaje historia rodziny. Zwłaszcza ta mniej banalna, obejmująca osobę mego dziadka, oficera KG AK i podsądnego „Procesu szesnastu” w roku 1945. I nadniemeńskie pamiętniki stryja, które, jak się okazało, opisują lata „pierwszej” okupacji sowieckiej w szczegółach nieznanych innym relacjom. To wszystko czeka na opracowanie, a w książce zostało tylko zasygnalizowane. Tak samo jak choćby socjologiczny problem „Meble Kowalskich u ludzi” – czyli sprawa relacji z użytkowania tychże mebli, z ich rozprzestrzenienia się, z tego całego, rzekłbym, „folkloru mieszkaniowego”, którego stały się zaczynem, jego obecności w kulturze codziennej… i wysokiej (powieści, film, piosenka…).

 

PS: Dziś brakuje mi puenty tej rozmowy. Dziś spytałabym pewnie o pomysły na dystrybucję oraz o kompromisy na jakie trzeba było pójść w procesie reaktywacji krzesła, albo o dalsze losy archiwum Kowalskich. Może ktoś spyta o to w moim imieniu Jacka Kowalskiego na spotkaniu w Zachęcie w ten czwartek? (wydarzenie tutaj)