Na studiach z historii sztuki nie uczono nas o pieniądzach. Mówiliśmy o stylach, o ideach i symbolach ukrytych w dziełach. Dlatego kiedy historyk sztuki trafia na event art brandingowy i słyszy pytanie „czy rzeźba we wnętrzu podnosi wartość nieruchomości?”, to czuje się w pierwszej chwili skonsternowany.

W takim właśnie nastroju lekkiego zmieszania spędziłam ostatnie poniedziałkowe przedpołudnie kwietnia. Tego dnia zostałam zaproszona na śniadanie prasowe w warszawskim budynku Q22 na rogu alei Jana Pawła i ulicy Grzybowskiej. Organizatorem był właściciel budynku (deweloper Invesco). Pretekstem było pojawienie się w lobby biurowca rzeźby pod tytułem „Gimnastyczka” autorstwa Jerzego Kędziory. Gdy przyszło do uzasadniania jej zainstalowania podpierano się: modą na podobne praktyki na Zachodzie, kreowaniem wrażenia prestiżu czy chęcią integrowania pracowników biurowca wokół ciekawej idei (wszyscy najemcy Q22 wzięli udział w ankiecie i w głosowaniu wybrali jedno z trzech proponowanych dzieł).

Z miejsca, w którym siedziałam widziałam dobrze szklany róg budynku, w którym dopiero parę godzin wcześniej zainstalowano rzeźbę. Ludzie wjeżdżający ruchomymi schodami zadzierali głowy i podążali za nią spojrzeniem w trakcie podróży z parteru na pierwsze piętro. Wtedy właśnie opuściła mnie konsternacja, bo pomyślałam o znanych zabytkach, które codziennie ściągają setki spojrzeń i tysiące turystów, oraz są bohaterami milionów selfie na Instagramie. Co stałoby się, gdyby nagle zniknęły?

Jak wyglądałby Paryż bez Łuku Triumfalnego albo Obelisku na Place de la Concorde? Lub Berlin: czy bez Bramy Brandenburskiej byłby tym samym miastem? A warszawski plac zamkowy? Pozbawiony kolumny Zygmunta byłaby po prostu kolejnym niezapadającym w pamięć placem.

Na historii sztuki nie mówiliśmy o pieniądzach wprost. Ale tak właściwie jest to dziedzina która opowiada o ludziach dość bogatych, żeby część majątku przeznaczyć na piękne przedmioty, które dawały im lans i manifestowały ich pozycję.

Dawid Michała Anioła powstał na zamówienie Florencji, która chciała pokazać że jest nowoczesnym i bogatym miastem (humanistycznym, jak wówczas mówiono).

Obelisk na placu de la Concorde przyjechał z Egiptu podbitego przez Napoleona i miał podkreślać imperialistyczne oblicze Francji.

Kolumna Zygmunta III też nie powstała dlatego, że jego syn Władysław (fundator pomnika) bardzo tęsknił za ojcem. Poza pamiątką miała też promować dynastię Wazów.

Deweloperzy instalujący dzieła sztuki w swoich budynkach nie różnią się niczym od średniowiecznych cechów czy renesansowych gildii kupieckich. I tak, jak tamci nie muszą zastanawiać się czy inwestycja w sztukę zwróci się w twardej walucie. Inwestują w sztukę, bo mogą sobie na to pozwolić. To świetnie! Świat potrzebuje kolejnych rzeźb, instalacji albo fotografii! 

O tym dlaczego tak jest, napiszę pewnie kiedyś osobny tekst. Pewnie rozpocznę go sceną z filmu „Nietykalni” z 2011 roku:

Na koniec jeszcze jedno zdanie o konsternacji: każdy historyk sztuki, przynajmniej raz w tygodniu czuje się jak czarnoskóry Driss z „Nietykalnych”. Praca w kulturze to nie jest lekka robota. Poziom absurdu często przekracza dozwolone normy Monthy Pythonowskie. Nie to, co w deweloperce: stawiasz budynek a potem zero zaskoczeń: budynek stoi. Ewentualnie ktoś zainstaluje w nim rzeźbę. A ktoś inny o tym napisze…