Jan Drost zajmował się w latach 60. przygotowaniem nowoczesnej linii produkcyjnej, wyposażonej w urządzenia umożliwiające seryjne wytwarzanie naczyń o ciekawej formie i fakturze. W ten sposób zrewolucjonizował metody wytwarzania szkła prasowanego

Patenty, które udało mu się uzyskać są wykorzystywane do dzisiaj na całym świecie. Obok działań na matrycach, które były poddawane obróbce przy pomocy wierteł (miały one dać ciekawe efekty dekoracyjne), projektant zajmował się wymyślaniem rozwiązań technologicznych, usprawniających wytłaczanie wzorów. Jego eksperymenty zaowocowały przyznaniem w latach 70. patentu na urządzenie do formowania wyrobów szklanych przez wytłaczanie. Były to tzw. formy otwarte. Takie naczynia mogły mieć przy okazji nieregularną górną krawędź, co było swoistym novum. W ten sposób możliwe było uzyskanie naczyń o fakturze muszli czy kory drzewnej. Te ostatnie szczególnie upodobała sobie jego żona Eryka Trzewik-Drost, która pracowała razem z mężem prawie 40 lat. Miejscem ich działań była Huta Szkła Gospodarczego Ząbkowice, a terytorium z którego wynieśli miłość do szklanego tworzywa – powojenny Wrocław.

W drugiej połowie lat 40., tematem numer jeden z stolicy dzisiejszego województwa dolnośląskiego było odniemczanie. Przyznano na to środki z budżetu centralnego w wysokości 113 mln złotych. Zbudowano prowizoryczną kolej, którą wywożono gruz z centrum, malowano fasady, porządkowano place, usuwano wszelkie szyldy i znaki poniemieckie, nieraz na oślep niszcząc wielowiekowe zabytki. Atmosfera porządkowania była o tyle silniejsza, że przestrzeń miejska miała posłużyć za scenerię dla głośnej, propagandowej ekspozycji. „Wystawa Ziem Odzyskanych” (1948) była jedną z najważniejszych wystaw polskiej plastyki powojennej. Norman Davis pisał o niej, że było to połączenie wesołego miasteczka z potężną dawką propagandy. Przygotowania do ekspozycji ściągnęły do Wrocławia śmietankę ówczesnych polskich artystów. Wśród nich byli: Xawiery Dunikowski, bracia Zamecznik, Henryk Tomaszewski czy Władysław Strzemiński. Tak wielkie wydarzenie powstało wspólnym wysiłkiem tysięcy osób, z których część związała później swoje losy z Wrocławiem na stałe. Mimo, iż rok po WZO wprowadzono doktrynę socrealizmu, fundamenty pod prężnie działające środowisko artystyczne już powstały.

Pełnego obrazu ówczesnego miasta dopełnia zjawisko nazywane przez historyków sztuki wrocławską szkołą szkła. Jego kluczową postacią był Stanisław Dawski, który od 1946 roku współtworzył Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. Miał nowoczesne podejście do nauczania, które objawiało się m.in. tym, że kładł nacisk na równomierne nauczanie sztuki, oraz jej praktycznego zastosowania. Jako rektor uczelni, dbał o rozwój pracowni szkła, ceramiki i architektury wnętrz. Z czasem objął Katedrę Szkła Artystycznego. Drostowie byli w gronie jego pierwszych wychowanków.

   

Dzięki wstawiennictwu Instytutu Wzornictwa Przemysłowego, w fabrykach ówczesnego województwa katowickiego utworzono wzorcownie, które mogły zatrudniać wyłącznie absolwentów kierunków artystycznych. Tym sposobem dyplomanci katowickiej Akademii Sztuk Pięknych, oraz wrocławskiej Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych opracowywali nowoczesne przedmioty, w modnej estetyce „new look”. Styl projektantów z wrocławskiej szkoły szkła historycy sztuki określają jako purystyczny ale harmonijny, o stonowanej kolorystyce (kobalt, zieleń, brąz). W bezbarwnych realizacjach ich projekty przywodzą na myśl „lodowe” bryły na wzór zmodyfikowanych kryształów.

Podejście Jana i Eryki Drostów do siermiężnego materiału jakim jest „prasówka”, czyli szkło prasowane, można określić jako „pozbawione kompleksów”. Materiał, w którym pracowali był od chwili powstania uważany za tworzywo drugiego sortu, mniej wyrafinowany zamiennik szkła dmuchanego, o niejednolitej powierzchni i zmniejszonej przejrzystości. Jej masowe wykorzystanie w ówczesnych hutach szkła wynikało z przewagi technologicznej nad szkłem dmuchanym: prasówka była łatwiejsza i szybsza w masowej produkcji. Drostowie podeszli do niej jak do materiału rzeźbiarskiego. Ich artystyczne aspiracje na nic jednak by się zdały gdyby nie wnikliwa analiza i udoskonalanie technologii oraz form do prasówki.

Dziś produkty Eryki i Jana Drostów przeżywają drugą młodość dzięki trwającej od kilku lat modzie na retro i rozwojowi specjalistycznych internetowych portali sprzedażowych. Wśród nich najlepszym przykładem jest Patyna.pl zrzeszająca kilkunastu mniejszych sprzedawców-fascynatów retro.

 

Apetyt na polskie wzornictwo rozbudziła seria wystaw organizowanych na początku lat 2000. Były to: „Rzeczy pospolite – polskie wyroby 1899-1999” (rok 2000, Muzeum Narodowe w Warszawie), czy „Szare w kolorze 1956-1970” (również rok 2000, Zachęta w Warszawie). Wśród innych inicjatyw szczególne miejsce zajmuje ekspozycja z 2011 roku „Chcemy być nowocześni. Polski design 1955-1968” prezentowana w Muzeum Narodowym w Warszawie. Ważną część tego pokazu (podobnie jak na w „Szare w kolorze”) stanowiły kompozycje mebli i dodatków zaaranżowane tak by przypominały prawdziwe wnętrze mieszkalne. „Ikeowska” filozofia prezentacji polskiego wzornictwa zadziałała – wystawy te cieszyły się sporym zainteresowaniem.

Początek lat 2000 to także czas wydawania pierwszych książek porządkujących wiedzę o polskim wzornictwie. W 2001 oficyna Bosz wydaje „Rzeczy pospolite. Polskie wyroby 1899–1999” (album wieńczył wspomnianą wyżej wystawę pod tym samym tytułem) pod redakcją Czesławy Frejlich. Dziesięć lat później powstają „Rzeczy niespospolite” z sylwetkami 39 polskich projektantów działających w XX wieku. W 2015 nakładem wydawnictwa Arkady ukazała się również bogato ilustrowana książka „Lata 60. XX wieku. Sztuka użytkowa” autorstwa Joanny Hubner-Wojciechowksiej. Owa publikacja to kompendium wiedzy nie tylko o polskim, ale i światowym wzornictwie tej dekady.

Grunt pod kupowanie i kolekcjonowanie polskiego wzornictwa jest więc przygotowany. Ostatnim elementem decydujący o popularności stylu vintage jest odpowiednia cena. Zagraniczne projekty z połowy zeszłego wieku są zdecydowanie droższe niż rodzime wyposażenie wnętrz z tego samego okresu. Nie pozostaje więc nic innego, jak polować, kupować i używać na co dzień przedmiotów, które już dziś są częścią historii polskiego designu.