Czemu przestrzenie publiczne coraz częściej inspirowane są domowymi? Jakim modom podlega projektowanie przestrzeni ogólnodostępnych? Czy istnieje uniwersalny styl miejskich mebli? Na te i inne pytania odpowiada Katarzyna Rzehak z warszawskiego IWP.

 

Katarzyna Rzehak: Chciałam Pani pokazać realizację z centrum Kielc. Pośrodku placu wstawiono zestaw modułowych ławek, miejskich hamaków i  estetycznych koszy na śmiecie. Pisaliśmy o tym projekcie w katalogu Dobrego Wzoru, dwa lata temu. Odwiedzałam Kielce zanim powstała ta realizacja i potem już po jej otworzeniu. Różnica była ogromna, plac był wypełniony ludźmi. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że realizacje w sferze publicznej to wyłącznie materialna rzecz. Ale coraz częściej zdajemy sobie sprawę jak małe interwencje w tkankę miejską mają potem znaczący wpływ na funkcjonowanie ludzi w tej przestrzeni. Że mogą gdzieś pójść, usiąść, spędzić czas, mamy z dziećmi pospacerować, starsi panowie pogawędzić, młodzież umówić się na randkę. Tak się tworzą relacje międzyludzkie, międzypokoleniowe, toczy się życie społeczne.

Ania Diduch: W Sopocie jest taka inicjatywa, festiwal ArtLoop, który co roku za jeden z celów stawia sobie ożywianie i animowanie miasta przy pomocy designu. Odbywa się poza sezonem, we wrześniu, by animować lokalną społeczność a nie tłumy turystów. Na potrzeby imprezy zawsze powstają specjalnie projektowane tymczasowe meble albo instalacje artystyczne. Oni bardziej stawiają na sztukę i okresowe interwencje. Z kolei Gdynia Design Days co roku „produkuje” nowe meble miejskie, które potem zdarza się, że funkcjonują jako autonomiczne projekty na wystawach czy w kolorowych czasopismach branżowych.

Tak, ale projektowanie dla przestrzeni publicznej to nie tylko meble. To także całe aranżacje, przekształcenia krajobrazu. Weźmy na przykład realizację w Paprocanach pod Tychami. Tychy – wiadomo, miasto przemysłowe więc tej przestrzeni rekreacyjnej jest mało. Ale miało takie swoje jedno tradycyjne miejsce, gdzie były krzaki w których zwyczajowo lokalni pili piwo. To było nad wodą, czyli piękne z punktu widzenia okoliczności natury miejsce, ale zdegradowane społecznie. Pracownia RS+ wykonała projekt nowego zagospodarowania, który ma w sobie wielką klasę. I nagle stało się tak, że miejsce w którym mieszkańcy wiedzieli, że lepiej nie pojawiać się tam po zmroku – zostało im oddane jako estetyczne tereny rekreacyjne. W skład tego projekty weszły promenady, ścieżka rowerowa, siłownie na świeżym powietrzu (ja to nazywam placami zabaw dla dorosłych) oraz wbudowane w pomosty siatki, które tworzą hamaki okupowane przez młodzież. Poza tym, że wszystko to wygląda estetycznie ta realizacja to świetny przykład na to, że wykorzystując potencjał tego, co już istnieje można dzięki designowi zmienić jakość życia.

W Polsce bardzo zmienia się myślenie o przynależności do przestrzeni publicznych. Świetną inicjatywą jest ruch „Miasto jest nasze”. Tego typu ruchy społeczne, oddolne wynikają pewnie ze zmiany generacyjnej. Osoby wychowane w PRL-u miały rodzaj przekonania, że istnieją jakieś służby odpowiedzialne za wygląd otoczenia. A dziś to myślenie się zmienia. Miasto jest faktycznie nasze bo jest przekształcane z naszych pieniędzy, samorząd składa się z osób które sami wybieramy, itd., itp. Zresztą taki ruch społecznego zaangażowania w komponowanie przestrzeni publicznej jest obecny na całym świecie.

Mój ulubiony przykład na takie działanie pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Chodzi o High Line, czyli nowojorską kolejkę z lat 30., która przecinała Manhattan nad poziomem ulic. W latach 90., XX wieku była ona kompletnie zdegenerowana i cała przestrzeń wokół niej także obumarła. To swoją drogą ciekawa zależność, proces niemalże biologiczny: gdy element wokół którego toczy się w mieście życie przestaje funkcjonować, ta martwota przenosi się lawinowo na jego przyległości i proces gentryfikacji postępuje. Ale można go odwrócić, to działa w dwie strony. Tak stało się właśnie w przypadku High Line, a jej przekształcenie dokonało się za sprawą oddolnej inicjatywy społecznej, Grass Roots. Dzięki temu powstały rozległe tarasy do przechadzania się, odpoczywania. Postawiono tam również na całe połacie ciekawie zaprojektowanej zieleni. Ponieważ wcześniej te tereny zaczęły dziko zarastać, trawniki w nowej realizacji mają nieregularne kształty. Przeniesiono więc ten urok stepowienia w nowy, lepszy kontekst. Przykład rewitalizacji High Line jest zresztą przejawem trendu nazywanego green highways. Chodzi o to, że odchodzi się w miastach (tam, gdzie jest taka możliwość) od ruchu kołowego na rzecz pieszego i rowerowego tworząc „zielone autostrady” – trakty komunikacyjne połączone z elementami rekreacyjnymi.

W podobny sposób chciano chyba podejść do przestrzeni wokół dawnego pawilonu Chemia w Warszawie. Chciano tam stworzyć zielony skwer jak na Placu Grzybowskim.

O budynku Vitkaca można długo dyskutować, ale na pewno nie jest on miastotwórczym obiektem. Ja najbardziej lubię projekty aranżowania przestrzeni, które wykorzystują zastane elementy. Przykładem jest omówiona wyżej High Line, ale także ponowne wykorzystanie rotund  XIX-wiecznych gazowni – projekt, który można by z łatwością powtórzyć w Warszawie. Na przykład na londyńskim Kings Cross  zdemontowano XIX-wieczną cysternę na gaz, zostawiono tylko jej  żelazny szkielet wokół którego i w którym  zbudowano park. Z kolei w Wiedniu w 2001 cztery budynki gazowni przekształcono w osiedle mieszkalne z centrum handlowym. W Warszawie wciąż nie ma pomysłu na zagospodarowanie dwóch okrągłych budynków historycznej gazowni, które niszczeją na Włochach, a tymczasem dziś własność jest w prywatnych rękach. To wielka szkoda.

A czy nie odnosi Pani wrażenia iż w Polsce jesteśmy jeden krok wstecz względem świata? U nas dopiero kształtuje się świadomość wspólnej przestrzeni, tymczasem za granicą miasta borykają się z zupełnie innymi problemami. Bardziej generalnymi typu projektowanie ku znoszeniu różnic społecznych, zrównoważone gospodarowanie odpadami, budowanie samowystarczalności jeśli chodzi o zasoby naturalne.

Uważam, że nie ma nic złego w tym byśmy byli w Polsce krok za światem. I tak mamy ogromne przyspieszenie we wszystkich dziedzinach życia. Musimy nadrabiać ogromne zaległości całego PRL-u więc to porównywanie zawsze wchodzi nieco na niekorzyść dla nas. Ale ja nawet wolę to spowolnienie, wolę byśmy przeszli tę drogę stopniowo niż mieli jakiś etap nienaturalnie przeskoczyć ze szkodą dla zrównoważonego rozwoju. Nawet jeśli moda na ruchy oddolne w miastach jest pasee to w Polsce jest potrzebna.

Z drugiej strony nie do końca zgadzam się z Pani tezą, bo wydaje mi się, że wyzwania związane ze sprawnym zarządzaniem miast oraz inicjatywy z ruchów społecznych to dwie tendencje, które występują równolegle.

Innym zagadnieniem związanym z krajobrazem polskiej przestrzeni publicznej są nowopowstające toalety publiczne. Najbardziej spektakularnym przykładem ożywienia przestrzeni wokół takiej toalety powstałej z inicjatywy marki Koło jest kompleks Plażowa na Pradze-Południe w Warszawie.

Ja bardzo lubię również toaletę publiczną Koło w Kazimierzu Dolnym. Widziałam kiedyś takie zdjęcie, na którym jest ujęta bryła kazimierskiej toalety a na ławce, która jest integralną częścią budynku siedzi para starszych ludzi. Tego typu realizacje poza tym, że spełniają swoje pragmatyczne cele są przy okazji okazami dobrej architektury. A ta przyciąga ludzi, jest przyjemna do tego by na nią patrzeć, przebywać w jej okolicy. Dzięki temu te obiekty toaletowe budują często kontekst lokalnej przestrzeni. Poza tym tego typu budynki, jak na przykład ten w Kazimierzu Dolnym widać, że ich istnienie zostało przemyślane od strony infrastruktury. Do tej toalety można swobodnie dojść, a otoczenie wokół jest estetyczne nie tylko dwa, trzy metry poza obrysem budynku. Każdy z tych elementów ma znaczenie.

A czy analogicznie do mody we wnętrzarstwie na styl skandynawski istnieją trendy w wyglądzie mebli miejskich?

Odpowiem anegdotą. Dwa lata temu była zaproszona do jury konkursu na meble miejskie dla Miasta Gdańska.  Był on rozpisany jak się okazało w dwóch kategoriach: meble do przestrzeni historycznej i niehistorycznej. Wydało mi się to kompletnym absurdem ponieważ takie projekty powinny służyć unifikacji przestrzeni i czynić ją charakterystyczną. Gdy jesteśmy dłużej w danym mieście to zaczynamy rozpoznawać że kosze wyglądają tak, a latarnie inaczej, ławki mają taki a taki kształt. Miejskie meble mają unifikować i być funkcjonalne. To dwa najmocniej determinujące ich wygląd czynniki, ale chyba nie można powiedzieć by z tego wynikał jednakowy ich styl, jak np. styl skandynawski we wnętrzarstwie. Jeśli już miałabym nazwać ich estetykę to pewnie określiłabym ją jako „utrzymaną w duchu modernizmu” – czyli oszczędną, gdzie forma wynika z funkcji i z materiału, który nie może być zbyt drogi. Mebel miejski musi być również wytrzymały. W slangu specjalistów mówi się o „wandaloodporności”.

Odpowiedzią na potrzebę funkcjonalności w przestrzeni publicznej jest również rozwój meblowych systemów modułowych, ale te z kolei zyskują popularność raczej w przestrzeniach publicznych zamkniętych: w urzędach, na lotniskach.

Tak, zresztą na tegorocznej wystawie Dobry Wzór w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego pokazywaliśmy system mebli modułowych LINK  wyprodukowany przez Marbet Style, projektu Mai Ganszyniec i Krystiana Kowalskiego. Pokazuje on nowe tendencje: „udomowienia” mebli w przestrzeni publicznej oraz ich modułowości: system Link można dowolnie dekomponować, zmieniać jego układ w zależności od potrzeb. Sfera publiczna staje się coraz bardziej miękka, interaktywna, wyraźnie zbliża się do ludzi i odczytuje ich potrzeby. Kiedyś mieliśmy wrażenie, ze sfera publiczna jest „odgórnie zadekretowana”, że my mamy się jej podporządkować, teraz ma za zadanie odczytać potrzeby użytkowników i na nie odpowiedzieć. To także zmiana niejako „polityczna” – pokazująca nowy charakter „władzy” i nowy sposób jej emanacji jaką z pewnością jest projektowanie sfery publicznej.